394

Nie bardzo mam pomysł na wstęp do tego wpisu, choć już kilka miesięcy temu napomknąłem, że przymierzam się by go popełnić. Także ten, oto Kaktus.

Piotr, czyli rzeczony Kaktus, pojawił się w "Cieniu" właściwie bez ostrzeżenia. Któregoś dnia po prostu dowiedziałem się od Kasi, że ma u nas pomieszkiwać i rzeźbić jakiś gość, który w zamian miejsce do spania i pracy będzie odprowadzać procent zysków do kasy galerii. Bodaj następnego dnia zgłosił się do mnie na oko 60-cio letni facet: szczupły, lekko zgarbiony, z siwymi, kręconymi włosami walącymi się chaotyczną falą na oczy rozdęte do kreskówkowych rozmiarów przez grube szkła okularów. Bezpośredni, inteligentny, ujmująco niedojrzały oraz znający się na wszystkim, co można zmieścić w kategorii "Ciekawe ale Zupełnie Niepraktyczne", od razu zaskarbił sobie moją dozgonną sympatię.



Poznawszy całą załogę, przez pierwszych kilka tygodni zgarbiony i nieobecny. Z wypisaną na twarzy mieszanką smutku i skupienia siedział pod blaszaną wiatą stanowiącą przedłużenie starej stajni, koncentrując się na mozolnym struganiu utrapionych twarzy o ostrych, indiańskich rysach. Później, kiedy widocznie poczuł się już trochę pewniej i wystarczająco rozpoznał teren, a może po prostu gdy wytarły mu się klocki hamulcowe postanowień, zaczął odwiedzać sklep Zdzicha i częściej szukał kontaktu (także kieliszkowego) z turystami, szczególnie tymi odwiedzaj w sezonie odwiedzali "Cień" któryś raz. Cały kaktusowy weltschmerz zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Początkowo naiwnie nie wiązałem tej zmiany nastroju z alkoholem, ale źródło lepszego humoru szybko stało się oczywiste, a socjalizacja Kaktusa zepchnęła na dalszy plan jego pracę twórczą. Tydzień z hakiem, piotrowy "(K)raj" (jak sam go nazwał na kartce mającej płoszyć kierowców parkujących w wejściu pod zadaszenie pełniące obowiązku warsztatu) stał więc pusty, wióry, noże, bejca- wszystko spoczywało, jak gdyby wstał od roboty tylko na chwilę, rozprostować nogi. "Od jutra nie piję"- oznajmił mi wreszcie któregoś dnia, nazajutrz wychylił tylko duszkiem ćwiartkę żeby pozbyć się szarpiącej ręce delirki i jak gdyby nigdy nic wrócił do nieskończonego indianina. Sinusoida postu i karnawału falowała nieprzerwanie aż do wygaszenia schroniska na zimę, niekiedy tylko jej regularność zaburzał przyjazd jakichś znajomych, choć zaświadczam, że Kaktus potrafił podejmować próby odmówienia poczęstunku. Niekiedy miało to formę dość zabawną, bo kiedy np. kucharz z pobliskiej knajpy uparł się, że wypije przyniesioną wódkę właśnie z nim i dwie godziny nie odpuszczał, pogodzony z ponurym losem Kaktus postanowił zemścić się na natręcie: "To walimy po bieszczadzku"- ogłosił, po czym postawił na stole kubek, który kazał napełnić gorzałą. Wychyliwszy całość na raz, jakby to była woda, nalał oprawcy tyle samo i powiedział coś z stylu "No, to teraz twoja kolej". Akurat skończyłem rozpalać w piecu i gramoląc się z kotłowni zauważyłem owego kucharza, jak zgięty w pół żyga mi na porąbane wcześniej tego dnia drewno. "On jest nienormalny, wiesz ile kazał mi wypić? Teraz kompletnie przeszła mi ochota na gorzałę!"- skarżył się poszkodowany, przy czym wyciąłem przekleństwa, bo cały wpis byłby dwa razy dłuższy. Od tamtej pory kubek wódki nazywam "Zemsta Kaktusa".

Kaktus z uwielbianym (także) przez siebie Prawdziwkiem


Późnym latem, Piotr dość niefortunnie rozpoczął okres trzeźwości. Przez budynek, którego parter zamieszkiwał, przewijały się wtedy codziennie dziesiątki turystów i gdyby tylko co któryś chciał poczęstować starego wygę jakimś wyskokowym napojem, abstynenckie ambicje Kaktusa można by włożyć między bajki. Wiedział to przede wszystkim on sam, dlatego postanowił pożyczyć od Natalii namiot i jakiś czas nocować w kącie placu, pod rozłożystym jesionem. Wyobraźcie sobie jego wesołość, kiedy rozstawiwszy swą daczę spojrzał na jej fasadę.



Kaktus, syn nadleśniczego, dostał się na studia po których miał kontynuować rodzinną tradycję, ale pech chciał, że trochę wcześniej, jako przewodnik został wysłany z wycieczką w Bieszczady i zapadł na nie beznadziejnie. Ojciec nie mając wiele do gadania wynegocjował tylko tyle, że latorośl pracując za dnia przy wyrębie, postara się dobrnąć do magistra w trybie eksternistycznym, jednak- co było do przewidzenia- zapału starczyło młodemu Kaktusowi ledwie do końca semestru zimowego. Potem już poleciało- co kilka lat zmiana otoczenia, małżonki (a miał cztery), bardziej przenosiny niż przeprowadzki, bo chyba zewsząd Kaktus wynosił się z dobytkiem który można pomieścić w plecaku. Ksywę zawdzięcza hobby któremu oddawał się przez kilka lat, kiedy to zdołał zgromadzić kolekcję składającą się z ponad 70 kaktusów. Poznał wszystkich, o których wspominają autorzy książek poświęconych bieszczadnikom- od Lutka Pinczuka, przez Władka Nadoptę i Jędrka Połoninę, po ciśnieńskiego Krokodyla, sam także pojawia się w niejednej opowieści oraz na liście gości honorowych podrzędnych, lecz "kultowych" spelunek.
Lubię szczerze to Kaktusisko, za jego dowcip, gawędziarstwo, wrodzoną inteligencję i nabytą życiową mądrość, która nie wyparła młodzieńczej szajby. Możesz na przykład przegadać z nim cały wieczór, poruszając tematy najdelikatniejsze i najwznioślejsze, a kiedy już macie się rozchodzić, z chochlikami w oczach zapyta ni z tego ni z owego: "A może chcesz ze mną powkurwiać jelenie?", po czym idziecie ryczeć na skraj polany na której jesienią często kręcą się rogaci amanci. Jeden uznał nawet Kaktusa za na tyle poważną konkurencję, że chcąc rozstrzygnąć kwestię prymatu, szukając pyskatego rywala wlazł aż na teren "Cienia". "Chciał mi wpierdolić!"- przeżywał to później podekscytowany Kaktus.

Na koniec kilka spisanych w sezonie poprzednim cytatów z Kaktusa:

- "Sepultura to są indianie z ameryki południowej grający folka w wymiarze metalowym."
- "Ja tak uczyłem się jeździć góralem: wpierw leciały okulary, potem Kaktus, a na plecy spadał mu rower"
- "Jaaaa!! Krowfindżer!!!" (słysząc puszczony przez kogoś z telefonu kawałek Crowfingera)

...i dialog z przedpokoju schroniska pod Jaworcem:
K: To są pułki na buty.
Ja (widząc, że moje nawet bokiem się na nich nie zmieszczą): Na jakieś bardzo małe buty.
K: Na pułdupy.

Puenty nie będzie, bo cholernie ciężko jest tak po prostu podsumować Kaktusisko. Mimo niezliczonych wad oraz nieusprawiedliwialnych brudów na sumieniu, mam do gościa (platoniczną- żeby nie było) słabość. I tyle.

"Po zielonym oceanie pływa żółty słoń
za nim bułka przez bibułkę
a na końcu- koń."

Piotr "Kaktus" Bartoszewski



Carmen 22.08.2017, 15:55


Czekałam tyle lat,to mogę jeszcze trochę poczekać,byle nie następne 40 lat,bo tyle to już raczej nie pociągnę haha
Pozdrawiam serdecznie! :)

takijeden 22.08.2017, 15:38

Pamięta doskonale, włącznie z tym, że poznaliście się we wrocławskim klubie "Rura". Po tym jak wczoraj powiedziałem mu o Tobie nie spał z przejęcia całą noc. Zadzwoni jak tylko przejdzie mu trema (sic!) :)

Carmen 22.08.2017, 09:40

Dziękuję bardzo!:)Zagąldałam,ale nie widziałam odpowiedzi wczoraj,jakieś opóźnienia na łączach.Nie wiem,czy dziś jeszcze Piotr będzie u Was,ale tak,proszę powedzieć,że będę dzwonić,mam nadzieję,że mnie choć trochę pamięta:)

takijeden 21.08.2017, 01:54

Chętnie podzielę się każdą posiadaną przez siebie informacją, ale może prościej będzie, jeżeli porozmawiacie przez telefon? Proszę wysłać mi sms na mój numer (694625162), powiedzieć o jakiej godzinie będzie Pani miała czas, a ja dowolnego dnia (bo Kaktus odwiedza "Cień" często, dziś np. śpi smacznie dwie ściany dalej) będę ganiać Piotra z komórką. Czy jakoś go wcześniej uprzedzić, zapowiedzieć Panią? :)

Carmen 20.08.2017, 13:09

Przez wiele lat szukałam informacji o Piotrze,bezskutecznie.Dziś obejrzałam film o Bieszczadach,znów wspomnienia wróciły i podjęłam kolejną próbę,wygląda na to,że go znalazłam,chyba...Piotra poznałam wiele lat temu we Wrocławiu,miał wtedy brodę,więc wyglądał trochę inaczej,ale okulary już wtedy były grube,szalony był zawsze,uroczy i błyskotliwy,kochający Bieszczady wariat:)Pisał wiersze...
Miałam szczęście być z nim i grupą innych przyjaciół w Bieszczadach,jako jedyna dziewczyna,bo bab nie brali nigdy i musiałam użyć wszelkich próśb,gróźb i obietnic,żeby z nimi pojechać :D Była to najpiękniejsza przygoda w moim życiu,którą wspominam do dziś,a minęło już prawie 40 lat i wiele innych, pięknych mejsc odwiedziałam.
Cieszę się,że Piotr jest tam,gdzie zawsze chciał być i całkiem dobrze się trzyma,mimo wszystko...4 żony??? :D
Czy jest jakaś możliwość kontaktu z Panem poza blogiem,chcialabym się dowiedzieć czegoś więcej o Piotrze.
Pozdrawiam,Carmen

stoiczkow 19.06.2017, 12:06

www.siekierezada.pl/pod/opowiesci.html#bottom , Dominik - a powyższe poczytujesz? Pzdr.

Kamol 08.06.2017, 17:05

Na razie tylko trzy notki wstecz, ale nadrabiam zaległości

stoiczkow 06.06.2017, 17:21

Myślę, że Przechodzień chce Cię sprowokować - chyba nie warto wdawać się w dyskusję - ocena Kaktusa wyłącznie na podstawie jednego Twojego wpisu jest powierzchowna i krzywdząca. Tyle w temacie. Pozdrawiam.

Przechodzień 06.06.2017, 14:02

Ot zwykły pijaczyna. Każdy z nich ma jakąś tam swoją historię (histerię) życia. Żyją cudzym życiem bo swoje spie... Szkoda tylko, że w Bieszczadach siedzą, bo po wódce wszystkie krzaki jednakowe. Alkoholicy nie są i nigdy nie będą atrakcją dla tych co wędrują.Wetlina zaś już od jakiegoś czasu ma z Bieszczadami niewiele wspólnego. Takie tam zafajdane Zakopane, a szkoda.

kyn 06.06.2017, 10:48

Widać, że ciekawa osobistość z tego Kaktusa :)