374 Eli, lama sabachtani?

Miałbym do siebie ogromne pretensje, gdybym nie zapisał- a w konsekwencji pewnie zapomniał- historii sprzed około miesiąca. Otóż niejscowy Jezus kursujący między prowadzonym przez siebie polem namiotowym, a uwiecznionym w piosence SCoB-ów wetlińskim Domem Wycieczkowym PTTK, zapoznał grupę kilkunastu turystów, którym zobowiązał się pokazać jakiś przedwojenny, dziś już nieużywany szlak. Skasowawszy po dychu od każdego, zebrał rozentuzjazmowanych apostołów, a następnie zgodnie z planem powiódł całą wesołą trzódkę przez chaszcze w nieznane. Kilka godzin wędrówka była dla wycieczki tym, czym być miała- obcowaniem z dziką przyrodą, podążaniem niezadeptanymi ścieżkami i tym podobne, wyobraźcie sobie jednak konsternację jaka zapanowała, gdy okazało się nagle, że Jezus gdzieś im zniknął. Na nic zdały się nawoływania, prośby i groźby rzucane na oślep między podpierające nieboskłon buki- Sławek przepadł zostawiając ich (a zapadł już zmierzch) w z minuty na minutę coraz czarniejszej dupie. W efekcie, wciąż niedowierzające, opuszczone przez pasterza owieczki, za jedyną dychę od łebka przeżyły przygodę o której będą pewnie opowiadać wnukom: przyszło im spędzić noc pośród nieznanych, ożywianych co chwila przez tajemnicze dźwięki gór, pod dachem wzniesionego własnoręcznie szałasu- bardzo zresztą solidnego, jeśli wierzyć jednemu z GOPRowców, którzy nazajutrz ich stamtąd ściągali.

Jezus tymczasem przepadł bez śladu i pewnego dnia wrócił do Wetliny jak gdyby nigdy nic, kiedy braliśmy pod uwagę już tylko dwa scenariusze: coś mu się stało, albo jednak wniebowstąpił. Zdziwiony całym zamieszaniem wokół nieudanej ekspedycji wyjaśnił, że brak wycieczki zauważył już właściwie na szczycie stanowiącym cel wędrówki i stwierdził, że skoro oni przepadli, a on jest tu, gdzie jest, to pozbiera trochę jagód na handel. I tak mu beztrosko zeszło.

Tydzień temu zaczęło się w rykowisko i tylko czekam, aż jacyś zawiani turyści wracając nocą z "Bazy" pomyślą, że goni ich niedźwiedź i całą drogę pokonają na czworaka, ciągnącym się wzdłuż szosy rowem. Poza tym mimo cieplejszych niż w sierpniu nocy, czuć już w powietrzu kwaśny zapach jesieni. Stoki zielenią się jeszcze w najlepsze, śliwy gną pod ciężarem soczystych owoców i tylko jeden rosnący za starą stajnią klon- ekshibicjonista zaczął już bezwstydnie zrzucać liście.



Ps. Dziewczyny w miejscowym sklepie zaczęły mnie chyba zaliczać w poczet miejscowych, bo od paru tygodni zsumowawszy zakupy które przytargałem przed ich oblicze, przykładają do kasy jakąś cudowną kartę, która zmniejsza o 5% wartość chleba mojego powszedniego. Miło i to raczej przez sam fakt, niż płynące z niego profity.

takijeden 20.09.2016, 17:14

Dzięki, właśnie liczyłem, że ktoś doceni :)

jaskrawa 16.09.2016, 14:23

Rozwalilo mnie zestawienie tytulu z ta historyjka. Miszcz:-D

takijeden 15.09.2016, 21:24

Jeżeli będę musiał brać na zeszyt, to stanę się miejscowy za bardzo ;)

Ala z kapci 15.09.2016, 20:31

Miejscowy, to będziesz jak dostaniesz te zakupy "na zeszyt" :).

takijeden 14.09.2016, 12:48

Jemu raczej zazdrościć- gość odkąd go znam, pozostaje uosobienie optymizmu albo skrajnej beztroski. Współczuć można ludziom którzy padają ofiarą tej drugiej :)

indygo 14.09.2016, 10:57

Ech, wspominam czasem te opowieści o Jezusie. I nie wiem w sumie - współczuć mu czy zazdrościć...