32 Kofta kofana

Życie w ogóle znam na wylot
Byłem pumpernikiel, kaskader i pilot
W jednym filmie to z drugim kaskaderem - Śliwą
Dwieście metrów przeszło leciałem... po piwo
To był wyczyn, bo mieliśmy po dwa złote na krzyż
Na co się tak patrzysz?

Lubię co jakiś czas posłuchać nocą Kofty- siedzę, kopcę i kofcę, że tam powiem. Przypomniało mi się przy okazji powyższego fragmentu wiersza „Moja paranoja”, jak prawie dwanaście (mój Boże) lat temu brałem udział, po raz drugi zresztą, w Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej. Traf chciał, że moja siedmioosobowa drużyna została wtedy włączona w skład nowopowstałej żandarmerii marszowej, która wbrew temu, co można sobie pomyśleć, nie służyła, w każdym razie nie w pierwszej kolejności, temu by pilnować porządku wśród trzech setek uczestników, bo ci umieli się zachować- różnie, to prawda, ale jednak w cywilizowanych granicach.
Nie, naszym podstawowym obowiązkiem było pilnowanie, by mieszkańcy miejscowości przez które Kadrówka przechodziła, w nocy nie odwiedzili obozu z wyrazami, a przede wszystkim przedmiotami szacunku, bo musicie wiedzieć, że za mundurem faktycznie panny sznurem, szczególnie w miasteczkach oraz wsiach i marsz rokrocznie szedł przez Polskę niby matrymonialne tornado. Trudno nie zrozumieć takiego, dajmy na to, Zdzicha, który latami smali cholewki do- powiedzmy- Hanki, a tu któregoś dnia pojawia się jakiś chudy, zezowaty, ale ubrany jakby wrócił z wojny i… wiadomo. Ale ja nie o tym.
Tradycyjnie, na trasie przewidziany jest jeden dłuższy, bo dwudniowy postój nad Nidą. Korzystając z chwilowego rozluźnienia dyscypliny i spokojnej, bo stosunkowo odludnej okolicy, postanowiliśmy przeprowadzić w drużynie ściepę, by zaopatrzyć się w alkohol oraz papierosy. Do najbliższej wsi, której przezorny sołtys na czas naszego pobytu zafundował wszystkim tutejszym młodym mężczyznom przymusowe kolonie (sic!), było na tyle daleko, że wydelegowaliśmy tylko grupę zakupową w postaci dwóch strzelców- Grunta i Zdenka. Uzbrojeni we wszystkie nasze oszczędności, zniknęli za zakrętem, żegnani serdecznym „tylko się k… pospieszcie”.
Minęły trzy godziny, dookoła w ostatnich promieniach sierpniowego popołudnia, przygotowywano ogniska, śpiewano, rozmawiano, ktoś kąpał się w rzece, jeszcze kogoś do niej wrzucano, słowem- sielanka. Nam ten czas, spędzony na coraz bardziej nerwowym oczekiwaniu, dłużył się najdelikatniej mówiąc nieprzyjemnie. Kiedy już mieliśmy idealnie naostrzone sekatory (vide: ten dowcip), zza oddalonego o kilkaset metrów zakrętu, wytoczyły się dwie postaci, które ku naszej nieopisanej grozie, puste ręce trzymały w kieszeniach, a widoczna walka z normalnie niezauważalnym wpływem ruchu obrotowego kuli ziemskiej, niezawodnie wskazywała na stan ciężkiego uduchowienia. W ponurym milczeniu czekaliśmy aż podejdą, żeby zdrajców udusić, utopić, a przedtem od stóp do głów obtańcować, jednak ci nie zwracając na nas uwagi, przezygzakowali sobie obok, nie odnotowując naszej zionącej ogniem obecności. Wzburzeni do granic możliwości, popędziliśmy ich śladem, teraz już głośno wyrzucając wszystko, co nam w duszach wyło, ale pozostali bezczelnie głusi na piętrowe wulgaryzmy bijące im w przodków, nawet tak odległych, jak ci którzy dawno temu nie zeszli jeszcze z drzewa (genealogicznego). Koniec końców obie, funkcjonujące w swoim hermetycznym świecie szuje, dotarły do stojącej pod wojskowym namiotem polówki i tam zaległy, „na łyżeczkę”; widząc to, kiedy jeszcze jeden drugiego objął, skapitulowaliśmy i o suchych pyskach, za to z pewnym straceńczym rozbawieniem, przesiedzieliśmy resztę wieczora i całą noc, słuchając ukraińskich dumek nieżyjącego już niestety Kostii, oraz dławiąc się machorą, którą przywiózł z Krymu.
Kompromitująca historia bez widocznego zakończenia i morału, ale przyplątała się, to pomyślałem że zapiszę.

Dom posprzątany, werandowy termometr wskazuje mocnych 14 stopni, jest zatem pewien progres, stuletni zegar tyka nad głową jak nakręcony, zaś obok, zwinięta w kłębek chrapie Mała Brytania (że też nikt nie łapie tego dowcipu!) i na mnie też już chyba pora. Dobranoc.

donpepego 04.04.2013, 12:03

hm u nas akurat basisty nie było (układ jak u Doorsów - klawisz dogrywał linie basu), pewnie dlatego perkusista kosił za całą sekcję rytmiczną ;-)
moje inklinacje militarne zaczęły się i skończyły w podstawówce, nie czuję estymy. aha, potem znałem jeszcze jednego wojaka z zawodu i z natury, dawno, studia jeszcze, ale wciąż mi się zupełnie niepacyfistycznie nóż w kieszeni otwiera na myśl o tym szubrawcu. czego nie przenoszę na resztę obrońców ojczyzny, to był margines akurat. ale kompletnie nie czuję takich paramilitarnych klimatów, w których Ty jak ryba w wodzie...
podobne wspomnienia z dzieciństwa, "gdyby urban nosił turban", "wykluła się wrona z jaja czerwonego", różne takie...

takijeden 03.04.2013, 22:57

Popatrz, a mi się zawsze wydawało, że poza wokalistą, największym wzięciem cieszą się basiści. Mimo wszystko ciężko mi uwierzyć, że to powszechny trend, raczej podejrzewam perkusistę o umiejętność nadrobienia wszelkich braków zapałem i doświadczeniem. Na marginesie, właśnie sobie uświadomiłem, że akurat dzisiaj rano polubiłem profil Dave'a Grohla ;)
Z mundurami różnie bywa, myślę że to też zależy od tego, gdzie się spróbuje taką broń wykorzystać, np. w większych miastach żołnierz kojarzony jest nadal z ofiarą, która nie zdołała się od woja wymigać; niewiele zostało z przedwojennej estymy dla obrońców ojczyzny.
U mnie w dziecięcej pamięci zaplątały się głównie nagrania drugoobiegowe, których słuchali rodzice- Gintrowski, Kaczmarski, Kelus, Sikora, jakieś chórki internowanych górników. W połowie lat 80-tych, przedszkolakiem będąc, potrafiłem bez skrępowania wykonać "Zieloną wronę" w autobusie, ku przerażeniu mamy i uciesze pasażerów :)

donpepego 02.04.2013, 16:55

ojaaaaa "Moja paranoja" - mam tę piosenkę w takim zakamarku pamięci, który odpowiada za rzeczy których się jeszcze nie rozumiało, słyszałem ją milion razy jak miałem może z 3 lata, z grundiga rodziców... jak będę miał kompa z jutiubem, to odświeżę znajomość.

ustęp o pannach sznurem - aż dziw bierze, że tak to działa modelowo ;-) ale po chwili dziw przechodzi, bo kiedyś w zespole mieliśmy perkusistę wątpliwej urody, za to z fantazyjnymi opowieściami o podbojach płci pięknej i szybkiej, które to opowieści bawiły resztę kapeli, dopóki nie zobaczyliśmy raz i drugi, że to rzeczywiście tak jest jak on opowiada. grunt to pewnie szybko się zorientować, które 2 z 10 sztuk będą na tak tu i teraz ;-)

takijeden 02.04.2013, 01:51

Wybacz Agatko, chłopaki faktycznie się zbratali, ale nie z miejscowymi krokodylami, a grupą prawdziwych żołnierzy, których na nasze nieszczęście spotkali wracając do obozu. Jeżeli chcesz coś optymistycznego na koniec, to dodam, że mimo takich wyskoków, wyszli na ludzi ze znacznie lepszym niż ja skutkiem- Zdenek jest archeologiem i połowę roku spędza przekopując średniowieczne wychodki, a Grunt został wziętym specem od reklamy internetowej.

agatka 01.04.2013, 21:03

Czekałam na pointę z zapartym tchem, myśląc, że będzie coś o cudownym zbrataniu z miejscowym establiszmentem, a tu nic!

kotwnutach 31.03.2013, 05:07

dobranoc