300 Czysta, czyli Wetlino pozwól żyć

Chciałem Wam dziś opowiedzieć o zjawisku, czy może przypadłości- nie wiem nawet jak ją sklasyfikować- bez której poznania nie sposób zrozumieć sytuacji rozgrywających się w Wetlinie niemal codziennie i godnych jeśli nie pomnika, to przynajmniej notki. Ponieważ do sieci wyciekł już pierwotny manuskrypt poniższego tekstu, ci z Was którzy go widzieli, wiedzą mniej więcej czego się po nim spodziewać. Reszcie wytłumaczę, że chodzi o charakterystyczną dla tej części Bieszczadów niemoc, którą miejscowi nazwali Wetlinozą.

Wetlinoza jest stanem ciała i umysłu. Bardziej tego pierwszego, bo ostra, lub przewlekła odmiana powoduje odklejenie niekiedy nawet żwawo dokazującego organizmu od świadomości. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o to, że o dowolnej porze wychodzisz sobie nic nie podejrzewając do- powiedzmy- sklepu, gdy wtem niespodziewanie blady świt zastaje cię w przydrożnym rowie, z rozwianym włosem, błędnym wzrokiem i niekoniecznie kompletną garderobą, gdy tocząc nierówną walkę z grawitacją i ruchem obrotowym ziemi, usiłujesz wielowymiarowo dojść do siebie.

W najbliższej okolicy znajdują się dwa szczególnie groźne ogniska Wetlinozy- pierwszym jest kultowa "Baza ludzi z mgły", drugim nie mniej legendarny sklep "U Zdzicha", stanowiący punkt zborny i ubojnię przedstawicieli miejscowego establishmentu. Wetlinoza, jak już zdążyłem wspomnieć, uderza bez ostrzeżenia i niezwykle szybko przechodzi w fazę przewlekłą, mogącą uwięzić pechowych turystów w Bieszczadach na zdecydowanie dłużej niż zakładali planując swoje urlopy. Jeden gość trzy dni bezskutecznie usiłował wyrwać się stąd i zawsze w drodze do autobusu wpadał na znajomych, którzy zaciągali biedaka do "Bazy" lub poili zakupionym akurat alkoholem. Wreszcie, zdesperowany, zapominając w pośpiechu o kurtce, wymknął się z Wetliny o 5 rano i choć mamy kontakt przez facebooka, skwapliwie unika odnoszenia się do moich uwag, że porzucone elementy garderoby. wciąż wierne jak pies, czekają w "Cieniu" na odbiór osobisty. Inny chłopak przyjechał na cztery dni i początkowo nie imały się go pałeczki Wetlinozy (do złudzenia przypominające małe flaszki), ale w pewnym momencie musiałem domeldować do jego pokoju dwóch już zainfekowanych- ostatecznie został na 15 dni z których pamiętać będzie pewnie połowę. Nawet teraz mam jednego artystę przez duże Ą, którego pierwotna rezerwacja dobiegła końca przed mniej więcej tygodniem. Pewnego dnia miał nawet ambitny plan, żeby wyjść na szlak, ale szlag... Z resztą, po kolei: rano, po paru dniach picia, podreptał wreszcie na dwugodzinny spacer mający stanowić rozgrzewkę przed Połoniną Wetlińską, jednak kiedy wrócił lekko niepewnym krokiem, a ja zapytałem, czy teraz zgodnie z zapowiedziami ruszy w góry, odparł tylko- "Gdzie tam, po gitarę wpadłem". Poniższa fotografia została zrobiona niedługo później przez innego poturbowanego przez Wetlinozę gościa, pod "U Zdzicha".



Mam nadzieję, że nie zapeszę pisząc o szczepionce, jaką w moim wypadku stanowi odpowiedzialność za schronisko z przyległościami. Nie ma wieczora, żebym nie musiał odmawiać, wylewać ukradkiem, lub w ostateczności napić się czegoś symbolicznie. W noc o której pisałem wcześniej, chłopak od porzuconej kurtki szlachetnie brał na klatę pięćdziesięciogramowe pociski przeznaczone dla mnie i rozlewane bez opamiętania oraz litości kolejki pił dubeltowo, za nas obu, z łatwym do przewidzenia skutkiem. Żeby unaocznić Wam skalę zagrożenia, Mały, który jako pierwszy poinformował mnie o tej lokalnej chorobie i zademonstrował jej przebieg, potrafi wyjść rano, żeby zarobić na chleb i wrócić po południu bez pieczywa, pochylony do przodu jak gdyby w twarz wiał mu wyjątkowo porywisty wiatr. Z mętnym wzrokiem, niewyraźną miną oraz pustymi kieszeniami podchodzi wtedy do mnie, a gdy po kilku sekundach zdoła opanować kiwanie wywołane nagłym hamowaniem, wysapuje swoje tradycyjne- "I pozamiatane".

Żarty żartami, ale o ile turyści kontakt z rzeczywistością tracą na kilka dni, pozostawiając w Wetlinie ciuchy i zwisające z przydrożnych krzaków strzępy osobistej godności, by po takim twardym resecie wrócić do normalnego życia, o tyle toczeni wetlinozą od lat autochtoni, oprócz weselszych epizodów, stanowią raczej smutną, żeby nie powiedzieć- tragiczną zbieraninę. Mały na przykład, przez jakiś czas służył w piechocie górskiej, później z powodzeniem prowadził w Przemyślu firmę hydrauliczną, miał normalne życie, mieszkanie i narzeczoną, ale jego świat runął, gdy zachorował na neuroboreliozę, która w jednej chwili zrujnowała mu zdrowie. Porzuconego przez myślącą praktycznie dziewczynę, pozbawionego możliwości powrotu do dawnego życia, ściągnął w Bieszczady Mirek, który przed trzema laty zaoferował mu tu pracę, dach nad głową i szansę na nowy początek. Później niestety Daniel stopniowo zapadał na wetlinozę, a ponieważ nie wywiązywał się z powierzonych sobie obowiązków, ich ilość każdego roku spadała, aż wreszcie pozostało absolutne minimum umożliwiające jedynie wegetację. Jako jedyny wykwalifikowany hydraulik w okolicy, nie narzeka na brak dodatkowych fuch, ale zarobione pieniądze rzadko kiedy potrafi donieść do swojego pokoiku urządzonego w dawnej stajni nieistniejącego od lat nadleśnictwa Wetlina.

Może trochę niepotrzebnie skwasiłem na koniec atmosferę, ale przemilczając ciemniejszą stronę zagadnienia zaserwowałbym Wam coś równie wyidealizowanego, niepełnego, jak picie bez kaca. Oczywiście nie jest też tak, że wszyscy i cały czas łażą tu na bani- alkoholowa kraina Mordor, która wedle słów Roberta Kasprzyckiego graniczy od południa z Krainą Łagodności, tu co jakiś czas przeplata się z nią, albo bez większych zgrzytów funkcjonuje równolegle. Ludzie, którzy przez dwa tygodnie uczestniczą w rajdach, potrafią nocując w Wetlinie wpaść na moment do "Bazy" i urwać tydzień z życiorysu. Inni po kilku dniach alkoturystyki biorą plecaki i wychodzą na szlak, a kiedy w gronie miejscowych jeden zwali się nieprzytomny pod stół, pozostali potrafią zaintonować w jego intencji "Zegarmistrza światła". Poezja i często niesmaczna proza życia, Wetlina i Wetlinoza, bieszczadzki yin i yang.

Konrad 19.07.2018, 01:05

Znam tę nazwę Wetlinoza bo sami ją stworzylismy przed laty będąc w Wetlion.Głównymi prekursorami byli chłopaki z Czeladzi ja z Rzeczycy (Tomaszów Maz)oraz Manol.

takijeden 06.10.2015, 22:45

@Eli
Znam już kilka osób u których jedno płynnie przechodzi w drugie. Najbardziej podatni na Wetlinozę są goście (oraz gościówy) dopiero co przybyli i pragnący uczcić szczęśliwe dotarcie na miejsce. Z kolei ci wyjeżdżający cierpieć na Wetlinemię zaczynają nieraz nawet dwa dni przed opuszczeniem Bieszczad.

@Dża
O ile Eli na swój laur zapracowała, o tyle ja powtarzam jedynie miejscowe podania i nie jestem godzien podobnych tytułów :)

@Ire
Zdecydowanie podpisuję się pod diagnozą koleżanki Eli- wyprawa do Cienia z pewnością przyniesie ulgę ofiarom Wetlinemię, natomiast odporność na Wetlinozę trzeba każdorazowo sprawdzić w sposób, który Ruscy nazywają "rozpoznanie bojem". Albo Bojkiem, bo to brzmi bardziej bieszczadzko :D

@Pigwa
Taka gmina, że i glina się wygina... Mam tu teraz dwupokoleniową grupkę, której starci członkowie opowiadali o tym, jak lata temu pomagali gasić siedzibę nadleśnictwa, co w praktyce sprowadzało się do ratowania pełnych wigoru, dobrych chęci i alkoholu strażaków z OSP. Owi gieroje spadali ponoć z drabin jak dojrzałe śliwki i tylko rozluźnionym mięśniom zawdzięczali uniknięcie poważniejszych kontuzji, a harcerze więcej czasu spędzali na powstrzymywaniu kolejnych- nazwijmy rzeczy po imieniu- prób samobójczych, niż opanowywaniu ognia.

Co miało spłonąć, spłonęło zanim przyjechali profesjonalni strażacy, ale przynajmniej tych miejscowych orłów, sokołów udało się uratować, za co sołtys... postawił wszystkim uczestnikom akcji wódkę. Taka gmina. :)

takijeden 04.10.2015, 20:23

Wybaczcie milczenie, ale od piątku mam w pokoju awaryjną sublokatorkę (babka przychodząca do nas sprzątać została bez ostrzeżenia wywalona z zajmowanej przez siebie kwatery i przy nabitym po dach schronisku trzeba ją było przygarnąć), która absolutnie nie należy do grona osób jakim zdradziłbym fakt prowadzenia bloga, a w dodatku cały domo... przepraszam, pokojowy mir diabli mi wzięli.

Pigwa 03.10.2015, 09:35

"Przysłuchując się" poniższym komentarzom(boskie!)z pewną dozą nieśmiałości nucę "Miast kobiety, śpiewu, wina - czkawka, wódka, Gwiżdż Janina-taka gmina. Spotkasz chłopa, gęba sina;oj, nie wraca ci on z kina- taka gmina. Czy to skutek, czy przyczyna taka gmina? :D

eli 02.10.2015, 20:32

Pacjentko Ire, zalecam jesienny wyjazd w Bieszczady w celu zapobieżenia rozwojowi pełnoobjawowej wetlinemii. Niemniej konieczne będzie zaszczepienie przeciwko wetlinozie ;) Polecam sanatorium Cień PRLu, podobno mają tam kompetentny personel :D

Ire 02.10.2015, 18:00

Kurcze, boję się zarówno Wetlinozy jak i wetlinemii. Choć Wetlinemia bardziej mi grozi, należę do grupy ryzyka. Czy ja mogę ryzykować i pojechać w Bieszczady, Panie doktorze?

jaskrawa 02.10.2015, 15:15

miszczunie z Was.
Dominik za wetlinozę, eli za wetlinemię :)

eli 01.10.2015, 09:56

Gdzieś w połowie notki miałam zapytać, czy aby na pewno nie grozi Ci alkoholizm... ale szczepionka. Tylko pamiętaj, że nie każda szczepionka daje odporność długoterminową ;)
Dodałabym jeszcze wetlinemię - uporczywy, objawiający się niebezpieczną dla życia melancholią w pracy z nagminnym odsłuchiwaniem smętnych kawałków przy oglądaniu zdjęć stan tęsknoty za Wetliną. Nieleczony prowadzi do pieprznięcia wszystkiego i ruszenia z Bieszczady. :D