398

Zacznę może od kategorycznego zdementowania krążących w komentarzach pogłosek o moim zniknięciu z internetów- są one zdecydowanie przedwczesne i ani teraz, ani w możliwej do przewidzenia przyszłości nigdzie się nie wybieram. Choć od odstatniego wpisu minęło kilka miesięcy, podczas których wydarzyło się naprawdę dużo rzeczy dobrych, złych oraz- jak to w Bieszczadach- wymykających się najprostszej logice, to zwyczajne- i tu biję się w cherlawą pierś- nie miałem weny ani w drugiej kolejności czasu, żeby wszystko archiwizować.

Między Przysłupem a Strzebowiskami widziałem po raz pierwszy na żywo niedźwiedzicę, kiedy szła poboczem z dwoma małymi, słyszałem wycie wilków na Jaworniku i piłem wieczorną kawę w towarzystwie bezczelnego lisa. Nauczyłem się, że anginy nie zaleczę herbatą z miodem i cytryną nawet, kiedy dodawszy do mikstury plasterek pomarańczy uczynię z niej wariant maderski, przy okazji poznałem uroki chorowania w okolicy, gdzie jedyny lekarz przyjmuje raz w tygodniu, przez 5 godzin, w miejscowości odległej o kilkanaście kilometrów, a punkt apteczny nie ma przypisanego przezeń antybiotyku. Zapuściłem też lecącą do oczu i upodobniającą mnie do briarda francuskiego SZOPĘ, która była (bo wykarczowałem ją zaraz po powrocie do Anina) pokłosiem nie tyle przemyślanego planu, co odległości jaka dzieli Wetlinę od najbliższego fryzjera. Przede wszystkim jednak, przynajmniej z punktu widzenia tego bloga, mam wreszcie coś, co obiektywnie usprawiedliwia jego istnienie: dzięki notce o Kaktusie, odnalazła go mieszkająca w Irlandii Carmen- miłość sprzed nie wypada mówić ilu lat. Wymiana informacji w komentarzach, telefon przed którym Kaktus całą noc nie spał z nerwów i już po kilku tygodniach Carmen wizytowała Bieszczady. Historia tak romantyczna, że zalatywałaby strasznym kiczem, gdyby nie była prawdziwa i tylko mam nadzieję, że Piotr ze swoimi wrodzonymi oraz nabytymi słabościami nie zaprzepaści szansy dawanej przez los naprawdę nielicznym. W każdym razie strasznie cieszy mnie myśl, że coś dobrego pewnie w ogóle by się nie zdarzyło gdyby nie to moje klepanie.


Piotr 04.01.2018, 21:48

Kurcze, co patrze na to zdjęcie,badz wspominam ta sytuacje ( bo miałem okazję być przy zrobieniu tego zdjęcia :) ) mam uśmiech na twarzy:) a znajomi którym opowiadam historię Piotra i Carmen słuchają z niedowierzaniem :) pozdr

kyn 28.11.2017, 13:19

Dobrze Cię widzieć. Zwłaszcza z taką historią :)

jaskrawa 26.11.2017, 00:18

Heh, przez klepanie blogów wydarzyło się tak wiele w naszych życiach, że czytam kawałek.o Kaktusie z radością, ale zupełnie bez zaskoczenia ☺

agatka 25.11.2017, 23:09

Ooo, historia robi wrażenie! Niesamowita sprawa.

donpepego 22.11.2017, 14:27

aaale fajnie, potencjalnie. i to przez klepanie ;-)