373 No cześć :)

Zamilkłem na jakiś czas, ale nie żeby nie było o czym pisać, tylko przeciwnie- nie ma kiedy. Od połowy lipca Bieszczady, a więc siłą rzeczy również "Cień", przeżywają oblężenie jakiego nie pamiętają najstarsze zakapiory. Nawet ostatni, spokojniejszy tydzień nie zostawiał mi czasu by przysiąść do klawiatury, ale dziś się zawziąłem i rzutem na taśmę zamierzam skrobnąć coś jeszcze w sierpniu. Do chronicznie pełnego schroniska dodajcie sobie jeszcze roztargnienie przyjmującego rezerwacje Mirka... A zresztą, zacząłem o tym pisać kilka tygodni temu:

"Od paru tygodni z radzenie sobie z rezerwacjami stało się sztuką z pogranicza czarnej magii i akrobatyki, zaraz wyjaśnię dlaczego. Otóż właściwie każda osoba chcąca zapluć sobie miejsce w "Cieniu" kontaktuje się w pierwszej kolejności z Mirkiem, który spisuje wszystkie dane (godność, telefon, ilość gości oraz przedział czasowy), a następnie wprowadza je do systemu. Korzystając z tego samego, podpiętego do jednej bazy danych programu w każdej chwili mam dostęp do aktualnego grafiku, dzięki czemu zawsze wiem kto kiedy dotrze i na jak długo u mnie zostanie.

Tyle teorii, bo w praktyce wzmożony ruch sprawia, że przeciążony Mirek mając na głowie pensjonat, 60 telefonów na godzinę i Bóg raczy wiedzieć ile jeszcze innych rzeczy, zaczął mylić się przy wprowadzaniu danych do komputera. Każdy pozornie niewielki błąd, np. przesunięcie rezerwacji o jeden dzień w jedną albo drugą stronę, przy nabitym do granic możliwości grafiku, wywołuje efekt domina i tak piękną katastrofę, że ile razy by się nie wydarzyła, nie wiem- płakać, czy bić brawo. Codziennie spędzam więc po parę godzin ślęcząc nad rozpiską i usiłując uniknąć sytuacji w której musiałbym powiedzieć komuś kto przejechał pół Polski, że nie mam pokoju który zaklepał sobie z miesięcznym wyprzedzeniem. Nie wiem jak, ale póki co unikam podobnych sytuacji, niemniej opanowywanie tego chaosu coraz bardziej przypomina mi ostatnie sekundy bardzo udanej partyjki Tetrisa, kiedy na zapchanym ekranie pozostały jedynie dwa, trzy rządki wolnego miejsca w które rozpaczliwie starasz się wpasować spadające błyskawicznie klocki. Żonglując gośćmi puszczam sobie nawet czasem dla poprawy nastroju muzyczkę z tej gry. "

Także tak. Poza tym trzeci tydzień dorabiam sobie zdalnie, kontrolując wyniki monitoringów prasy wykonywanych na zlecenie różnych takich. Pieniądze przyzwoite, praca łatwa i niezbyt czasochłonna, ale zaczynać ją muszę o 5:30. Tak, ja- ten, co go kiedyś przed południem ni wodą, ni ogniem i mieczem nie potrafili dobudzić, muszę teraz regularnie zrywać się bladym świtem o własnych siłach, wbrew logice oraz wszystkim instynktom. Capstrzyk o północy, trzy budziki, łudzenie się wizją jakiejś popołudniowej sjesty na którą zwykle nie mam czasu, bądź którą muszę co 10 minut przerywać, ale summa summarum, PÓKI CO nie zaspałem.

Co poza tym? Dużo, ale przecież nie będę teraz spisywać całej listy, zatem pierwsza rzecz z brzegu- po raz pierwszy od listopada byłem u fryzjera, a raczej- mając serdecznie dość coraz bujniejszej i niemożliwie wręcz uciążliwej latem szopy- dałem ostrzyc się maszynką dzierżoną przez Małego, co było o tyle lekkomyślne, że ów akurat tego samego dnia świętował urodziny. Wszystko szło nawet dobrze do chwili, kiedy ośmielony początkowym sukcesem nie postanowił skróconej już szczeciny wycieniować, co w praktyce skończyło się paroma (na szczęście niewielkimi) plackami gołej skóry i centymetrowym marginesem dookoła uszu. Mimo niepotrzebnych modyfikacji potwierdzających po raz kolejny, że lepsze jest wrogiem dobrego, pozostanę dozgonnie wdzięczny, bo najbliższy profesjonalny golibroda przyjmuje chyba w Lesku na wyprawę do którego zwyczajnie nie mam czasu, a poza tym Mały mógł w każdej chwili machnąć ręką, zostawiając mi na karku taki kompromis:



Niestety, mimo znaczniej mniejszej niż kiedykolwiek wcześniej odległości, nie zdołałem dotrzeć w tym roku na "Rozsypańca", ale raz jeden góra przyszła do Mahometa i przez kilka dni po festiwalu "Cień" spontanicznie wizytowały grupkami Ryje z wolontariatu, co każdorazowo wzruszało mnie na wskroś. I tak, o.

Sytuacji godnych odnotowania zdarzyło się w międzyczasie mnóstwo, ale z braku czasu oraz żeby zbytnio nie rozwlekać notki, wspomnę chwilowo o jednej, opowiedzianej mi przez Prawdziwka. Otóż oprócz Jezusa mamy też w Wetlinie najprawdziwszego szamana, który (ze zmiennym szczęściem) leczy wszelkie dolegliwości. Po tym, jak przeczyścił Kaktusowi (o nim przy innej okazji) zatoki jakimś dymem, pacjent nie tylko odetchnął pełną piersią, ale jeszcze przez dwie godziny chodził na haju, ja natomiast zacząłem dopuszczać do siebie myśl, że facet może faktycznie wie co robi. Potem postanowił jednak uzdrowić popękane bębenki Niezniszczalnego Zibiego, a było to tak:

Zygmunt, będąc wrakiem człowieka, do listy kontuzji dodał słuch uszkodzony w wyniku jakiegoś niefortunnego upadku. Szaman dowiedziawszy się o dolegliwości, postanowił leczyć ją tatuując na ramieniu pacjenta kilka kropek i wstrzykując jad jakiejś amazońskiej żaby.
- Dobra, a teraz zmykaj do kibla, bo zaraz poleci ci wszystkimi dziurami- podsumował skończony zabieg.
- No co ty, ja to nigdy...- zaczął niewierny Zygmunt, po czym kolejne słowa uwięzły mu w gardle i z głośnym "GŁY, GŁY!" pognał w najbliższe krzaki.

Kiedy wrócił po dobrym kwadransie, Prawdziwek chcąc zaspokoić ciekawość i skonfrontować swój sceptyczny stosunek do niekonwencjonalnych metod Szamana spytał- I jak, lepiej słyszysz?

-Yyy?- odpowiedział Zygmunt mrużąc oczy i przykładając dłoń do ucha.

strzyga 04.09.2016, 01:58

Chciałam coś napisać ale chroniczne niewyspanie utrudnia mi myślenie więc tylko się witam. No witty comments buu.

A zaraz, właśnie: Strange Things faktycznie awesome! A Sense8 polecałam już czy nie?

Marius_Leitdorf 04.09.2016, 00:04

Zawsze chętnie wpadnę spiąć Ci coś trytką :)

jaskrawa 03.09.2016, 16:10

Ale Szopen. No niezle :)

Ire 02.09.2016, 11:02

A, to Ciebie brakowało mi w tym roku w Cisnej??! No takie miałam niejasne przeczucie :P Ale fajnie było zobaczyć Cię choc kilka minut takiego "wtopionego" w Bieszczady

eli 02.09.2016, 09:43

Czyli nie tylko ja żałuję, że nie dotarłam w tym roku na Rozsypańca...

Wiesz co, myślę, że w Bieszczadach fryz "na Jokera" nie robi na nikim wrażenia ;)