367 W tym całym bałaganie jedno wiem na pewno

Pisałem o tym dwie notki temu, ale chcę świadomie powtórzyć, gdyby komuś umknęło: jeszcze zeszłej jesieni myślałem buńczucznie, że nic już mnie w Wetlinie nie zdziwi. Początek bieżącego sezonu kazał mi jednak tą opinię zrewidować i gdzieś tak od maja codziennie gotuję się na nowe zaskoczenia, te zaś nigdy nie każą długo na siebie czekać.

"Dominik, mamy w kiblu Jezusa"- ogłosiła któregoś razu załamana tym odkryciem Natalia. Zanim ktoś zasugeruje zaprzestanie spożywania alkoholu wyjaśnię, że po Wetlinie faktycznie boso włóczy się gość przekonany o swojej boskości. Jak sam twierdzi, sypia bardzo mało, bo musi bronić świata przed złem, które ujawnia się gdy tylko zamknie oczy. Zazwyczaj pogodny oryginał, potrafi ponoć zachowywać się agresywnie, ale nie spotkałem go nigdy w takim stanie. Niemniej jednak- tak, mieliśmy w kiblu Jezusa, który na pożegnanie, zamiast "do zobaczenia", albo innego "trzymaj się", zawołał "ŻYJ!", wznosząc ku niebu zaciśniętą pięść. No to żyję, w końcu Jezus mi kazał.

Mieliśmy w "Cieniu" zbłąkanego jelonka, wciąż mamy lisicę z dwoma coraz śmielszymi liskami, kolega zaraz za schroniskiem trafił na wilczy trop (parę dni temu wynalazł jeszcze odcisk niedźwiedzich łap), nocą w trawie widać gigantyczne świetliki, natomiast Rączka spotkał misia. Któregoś dnia wyprowadzał kozy pani Uli i chwilę po tym jak bardziej rozgarnięte od niego zwierzęta dały nogę, dostrzegł między drzewami głowę i wyraźny zarys masywnego grzbietu. "Jak wyrrrwałem..."- opisywał swój pospieszny, lecz pełen godności odwrót. Kiedy dotarł do chatki pani Uli, z przejęcia trzęsły się pod nim kolana i był ponoć bliski płaczu, choć tą nadwrażliwość trzeba chyba zwalić na karb przerwy w "Manewrach" jak nazywa swój comiesięczny alkoholowy ciąg.

Hendrix z kolei opowiadał o gościu, który skończył z przeszło setką szwów po tym, jak spotkał w górach śpiącego niedźwiedzia i uznawszy go za martwego postanowił ocenić, czy zdoła pozyskać niepotrzebne już nieboszczkowi futro. Misio jak wspomniałem spał tylko mocno, ale szarpanie w końcu go zbudziło i- jak to ładnie ujął Heniek- "tak zaczęła się impreza". Poraniony nieszczęśnik, jak bohater "Zjawy" pokonał długą drogę do najbliższego ludzkiego siedliska, ale ponieważ ewidentnie nie był to jego szczęśliwy dzień, został tam jeszcze pogryziony przez miejscowe psy.

Henio też nie ma ostatnio dobrej passy, najpierw przyszedł do kanciapy Małego i przez pomyłkę, zamiast wody, pociągnął z plastikowej butelki łyk przelanego paliwa do piły spalinowej (co od tamtej pory miejscowa śmietanka wytyka mu w formie coraz wymyślniejszych docinek), a nazajutrz padł ofiarą pierwszego potwierdzonego przypadku wykorzystania telekinezy. Dopił akurat swojego "kulawego misia" (wszędzie te niedźwiedzie) i gramoląc się do drogi zaczął krzyczeć "Tylko się na mnie nie patrzcie! Nie patrzcie na mnie!". Tym rabanem ściągnął na siebie oczywiście wszystkie spojrzenia i pod ich ciężarem zachwiał się, po czym z jękiem runął do tyłu jak kłoda. Mówiłem, żebyście kurwa nie patrzyli- wrzasnął oskarżycielskim tonem- bo zaraz ktoś się przewróci! Dziwnym zbiegiem okoliczności padło akurat na niego. Mimo piętrzących się przeciwności losu, Heniek chodzi zazwyczaj pogodny w myśl zasady, że kiedy życie daje ci cytryny... właśnie!

Któregoś wieczora goście zrobili ognisko i przy okazji piekli w nim sobie ziemniaki. Nasyciwszy się, przynieśli talerz z jedzeniem do stołu przy którym siedziałem i zaczęli częstować wszystkich obecnych. Wybrałem sobie dorodną sztukę, ugryzłem i natychmiast przez głowę przeleciała mi myśl- "jaki dziwny ziemni... CO?!". Okazało się, że robiąc zakupy goście nabyli także jedną cytrynę, która gdzieś im zaginęła i cały dzień pozostawała zaginiona, aż znalazłem ją do połowy schowaną we własnej, zdumionej gębie. Skojarzywszy co się dzieje, dostałem napadu histerycznego śmiechu i odprowadzany pełnymi niepokoju spojrzeniami znajomych, z każdym spazmem wlewałem sobie w gardło kolejne porcje ciepłego, kwaśnego soku.

Było wiele radości.

Rozmawiałem wczoraj z Małym i Heńskiem o jesiennym rykowisku. "Zupełnie nie zwracają uwagi na to co się dzieje, możesz do nich podejść i nawet nie zauważą"- opisywał z przejęciem Mały. "Nic ci nie zrobią chyba, że wejdziesz między dwa jelenie, wtedy możesz oberwać przy okazji"- dodał Hendrix. "No, można jeszcze wejść między jelenia a sarnę..."- zawiesił teatralnie głos.


takijeden 11.07.2016, 21:12

Ej, cytryna z ogniska wygląda jak dorodny ziemniak. Tylko ja mogłem ją dostać, ale obiektywnie rzecz biorąc, mało kto rozpoznałby ją w ciemnościach :)

agatka 11.07.2016, 14:47

Uwielbiam Cię.
Zacznij to wydawać. Inaczej będziesz musiał zostać bieszczadzkim gawędziarzem ogniskowym i niechybnie się jednak rozpijesz.

I tylko Ty mógłbyś nie zauważyć, że trzymasz cytrynę zamiast ziemniaka...