77 Na szczęście

Przy okazji- że tak powiem- jesiennych porządków, kolejny raz zanurkowałem w zawartość Szuflady z Pamiątkami i W Ogóle Wszelkimi Rzeczami, Które Miały Bądź Mają dla Mnie Jakąś Emocjonalną Wartość. Widziany z boku i bez kontekstu, zbiór gratów w niej zalegających, może uchodzić w najlepszym razie za górę przypadkowo wrzuconych tam dupereli- identyfikatory i smycze z różnych imprez, bilety, listy, zaproszenia na śluby bliższych lub dalszych przyjaciół, nawet kawałek pomarańczowej szmatki (który nosiłem na ramieniu w grudniu 2004r., podczas Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie).



Raz na jakiś czas, szukając czegoś, albo bez powodu, wyciągam szufladę i przez wszystkie zebrane drobiazgi, jak przez małe okienka, łypię sobie w czasy z których pochodzą. O, na przykład teraz, sięgnąłem nie patrząc i złapałem bilet 2 klasy do Zagórza, z 2005r.
W Bieszczady jechaliśmy we trójkę, z Mareckim i Kamolem. To był nasz pierwszy festiwal i nie bardzo wiedzieliśmy gdzie się odbywa. Efekt niewiedzy był następujący: śmignęliśmy tylko przez Cisną (nawet się ucieszyłem na widok pola namiotowego, noszącego nazwę jednego z moich blogów) i wylądowaliśmy w Górnej Wetlince, a dokładniej przy szosie z piękną pustką jak okiem sięgnąć. Z braku lepszych pomysłów, komisyjnie zjedliśmy kanapki Kamola, zaś Marecki, umęczony kacem, poszedł w krzaki za potrzebą i wlazł na gwóźdź. Chciałem jakoś pocieszyć umierającego i powiedziałem, że zza zakrętu wystaje coś jakby parasol piwny, on zaś, zapomniawszy nagle o śmiertelnej ranie, rzucił się biegiem w tamtym kierunku. Po chwili wrócił jednak skwaszony podwójnie, bo za odległym o kilkaset metrów rogiem- faktycznie- sprzedawali, tyle że kozie sery.
Następną godzinkę czy dwie, szliśmy poboczem w kierunku Wetliny, przy czym chyba tylko ja miałem jeszcze w sobie krztę entuzjazmu- znalazłem gdzieś w krzakach tęgą lagę, by w ramach stymulacji motywacji naszej trzyosobowej kolumny, na przemian wymachiwać nią groźnie i śpiewać piosenki marszowe („O mój rozmarynie”, „Piechota”, „Pierwsza Brygada” itp.). Dowlokłszy się wreszcie na miejsce, zjedliśmy po kilka lodów, napiliśmy czego kto chciał i tu ten wątek zamknę, bo nie o nim miałem dziś klepać.
Sięgam drugi raz i wyciągam potwierdzenie zakwaterowania w olsztyńskim domu studenckim „Żak”. Tym razem musiałem się chwilę zastanowić, ale te drobiazgi są dla moich wspomnień jak uderzenie pioruna w nieboszczka Frankensteina i już wszystko pamiętam.
Bodaj pierwszą osobą poznaną przez bloga była Filli, kumpela Jaskrawej. Prawdę mówiąc, nie wiem ile żywotów potoczyłoby się inaczej, gdyby nie tamta znajomość. Na żywo widzieliśmy się jeden jedyny raz- właśnie w Olsztynie, gdzie pojechaliśmy na „Spotkania Zamkowe”. Pomimo podróżowania tym samym pociągiem, Filli razem z jej koleżanką, spotkałem dopiero na peronie, z którego nie bardzo było jak wyjść, gdyż przejścia podziemne zalała wściekła ulewa, krążąca nad okolicą aż do nocy. Postój w MacDonaldzie, ustalenie potencjalnych noclegów, potem (wciąż w deszczu) piesza podróż w okolice centrum miasta. Pani w ratuszu poinformowała, że z noclegami może być problem, natomiast o biletach na „Spotkania” możemy w ogóle zapomnieć. Po okresie zwątpienia i paru godzinach dalszej tułaczki, zdołaliśmy jednak znaleźć wolny pokój w akademiku, a dziewczyny zapoznawszy pewnych wykonawców, skserowały ich identyfikatory i pod zmienionymi nazwiskami (pozdrawiam, Piotr Kos) zaliczyliśmy wszystkie koncerty, wchodząc na krzywy ryj.
Do trzech razy sztuka. Cóż, tym razem będę się musiał tłumaczyć, bo znajduję strzęp materiału w koty Sylwestry i ptaszki Tweety. To było w 2006, kiedy razem z Kalim i Alienem dopiero zaczynaliśmy łazić po drzewach; pewnego dnia ten drugi spadł z kilkunastu metrów i pięć dni spędził na obserwacji w szpitalu. Gałęzie, które kosił w drodze na dół, uratowały mu życie, ale- żeby było do rymu- poszatkowały poszycie, czyli ubranie. W chwili, kiedy uderzył o ziemię, stałem może trzy metry dalej. Po paru sekundach wstał i wytrzeszczając oczy oraz jęcząc, zaczął wolno iść w moim kierunku z wyciągniętymi przed siebie rękami. Powagę sytuacji zaburzało kilka rzeczy- lisi ogon (piła na kilkumetrowej tyczce), który lina asekuracyjna oplątana wokół Aliena przytwierdziła mu do pleców tak, że wyglądał jak husarskie skrzydło, oraz dziura na tyłku, z której wystawały podarte majtki w- no właśnie- koty Sylwestry i ptaszki Tweety.
Marcin wyszedł z tej opresji obronną ręką i pomijając ogólne potłuczenie, strach oraz zadrapania, nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń, ale długo potem krzywiłem się, słysząc trzask łamanych gałęzi. Nie bardzo wiem dlaczego wtedy zdjąłem z któregoś konara tamten strzępek, bądź co bądź, bielizny, chyba w przez to, że w tamtym momencie nie wiedziałem, czy w ogóle przeżyje. Niemniej, nie wącham, nie nacieram się, ani nie miziam po twarzy, po prostu trzymam w swojej szufladzie- na pamiątkę.

Albo wiecie co- do czterech razy, bo nie chcę kończyć kawałkiem cudzej bielizny, który siódmy rok leży między innymi precjozami.

Zaproszenie na rozdanie „Żytniówek” z 2005r. Żytniówki były nagrodami, jakie co roku przyznawał swoim znajomym Artur prowadzący bloga houston.blog.pl. Oto uzasadnienie nominacji:

„Na Sylwestrze, gdzie nie znał nikogo dłużej, jak dwa dni. Jak to człowiek, który lubi być ekstrawertykiem i lubi towarzystwo ludzi, zdradził mi kilka swoich tajemnic. A potem do piątej rano śpiewaliśmy w Warszawie Turnaua. Dominik został na sylwestrowych włościach jeszcze trzy dni, śpiąc na podłodze pod czymś co przypominało dywan, skąd jego późniejsza ksywa – Człowiek-Dywan.”

W ramach uzupełnienia dodam, że śpiewaliśmy też Młynarskiego i Osiecką, a dywan był niewielki, ale ciepły. Wracając do tamtej Żytniówki- na zaproszeniu stało jak wół, że odbędzie się przy ul. 11 Listopada, co miało sens, bo Praga Północ przeżywała wtedy okres wysypu wszelkiej maści knajpek. Obowiązkowymi elementami wieczoru, co zostało w zaproszeniu mocno podkreślony, były: strój wieczorowy, pół lita i okulary. Problem polegał na tym, że zaproszenie nie podawało miasta, w którym znajduje się wspomniana ulica. A powinno. Kilka godzin, w deszczu i listopadzie, łaziłem ubrany w niewygodnych butach oraz garniturze, trzymając flaszkę i nosząc okulary których inaczej przenigdy bym nie założył. Kiedy tuż przed północą wróciłem do domu, mokry i wielowymiarowo złachany, poszperałem w sieci tylko po to, by znaleźć informację, że wspomniany w zaproszeniu pub mieści się… w Krakowie.

I tak, o. Mógłbym pewnie poukładać sobie jakoś ten bajzel, ale wtedy nie miałbym takiej frajdy w przekopywaniu go i dokonywaniu co jakiś czas zaskakujących odkryć.



Tymczasem, korzystając z soboty, wybieram się na długi spacer po lesie. Zaopatrzyłem się we flaszencję miętowej „żołądkówki”, depresyjną playlistę i w ramach dbania o psychiczną higienę, zamierzam strzelić sobie małe katharsis.

Wasze zdrowie!

jaskrawa 19.10.2013, 23:23

Bądźmy szczerzy - my llllubimy te Twoje załamki w reakcji na nasze załamki :D

A notkę przeczytałam oczywiście, jeśli za rok znowu usłyszę (lub przeczytam tu lub gdzie indziej) te historie, znowu się tradycyjnie załamię.

takijeden 19.10.2013, 19:26

@Agatka
Ha! Wyobraź sobie, jak mnie nurtowała taka rana na Bieszczadzkich Aniołach! Na zlocie ultrasów dwóch nieprzepadających za sobą drużyn piłkarskich- to bym jeszcze zrozumiał, ale w samym sercu Krainy Łagodności? :) Może sobie ubzdurałem, ale wydaje mi się, że winowajcą był płot czy jakieś inne ogrodzenie.

@Ire
Tak, dzieci z tamtej epoki przyjeżdżają dziś w Bieszczady z własnym potomstwem. Akurat jeśli chodzi o relacje, to myślę że inne nie znaczy- gorsze, bo wtedy dopiero się zam zźomalaliśmy, a teraz do Cisnej przyjeżdżamy jak na zjazd rodzinny :)

@M
Dzięki! :) Nie umiem niestety znaleźć związku między szufladą a herbatą, natomiast do nurkowania w różnościach zachęcam, bo nawet te niegdyś smutne, po latach wywołują uśmiech. Zaglądasz w te wszystkie duperele, przerzucasz je żeby dostać się do głębszych pokładów i myślisz sobie- rany, to wszystko, to niby ja przeżyłem? Łam? :)

@Jaskrawa
Ziew i rzygi :D Może i się powtarzam, zresztą często z pełną premedytacją, ale reakcje- wybacz- starych znajomych w pełni to usprawiedliwiają. Bądźmy szczerzy, lllubię te wasze załamki na dziesiątą odsłonę Serdecznego Drucha i tylko mnie nimi prowokujecie do jedenastego i kolejnych podejść :)

jaskrawa, złośliwe bydlę, znowu mnie ząb boli 19.10.2013, 00:33

ziew, znam te wszystkie historie z wielokrotnych opowieści, więc idę sobie zrobić herbaty ZAMIAST czytania :D:D:D

m 16.10.2013, 16:21

Kurczę, gdybym wiedziała, że to wpis o starej szufladzie, to pognałabym do kuchni po herbatę. I chyba sięgnę po swoje pudła, w których trzymam takie różności. Miło się Ciebie czyta, pozdrawiam!

Ire 10.10.2013, 23:23

Tak, chyba masz rację, z tym "tak blisko, a tak daleko". To byłą jednak jeszcze zupełnie inna epoka. Cisna była inna, festiwal był całkiem inny, my i nasze relacje, spontaniczność, dzika radosć... Ale zostało sedno.

zagubinowo 10.10.2013, 20:35

Z tą raną na nodze to mnie dopiero zażyłeś... Faktycznie było coś takiego, ale za nic teraz nie mogę sobie przypomnieć, skąd...
Teraz będzie mnie to nurtować...

takijeden 09.10.2013, 23:14

@Don
Ile ja się już nasłuchałem i naszukałem metod na kaca! Niestety, w moim wypadku sprawdzony sposób jest tylko jeden: nie pić, co też zazwyczaj wybieram.
Bieszczady wyglądają dobrze nawet jako napis na samochodzie, w końcu nie chodzi tylko o to co widać, ale przede wszystkim- jakie emocje dane skojarzenie przywołuje:)
Noszenie siekierki popieram- w razie czego będziesz się mógł opędzać od jesiennej deprechy i innych demonów. Mnie los obdarzył urodzinami w połowie listopada; od dziecka było to coś na otarcie łez, a teraz- nie wiem- cieszę się chyba z przyzwyczajenia, bo z każdym mijającym rokiem, ubywa dobrych powodów do świętowania :)

@Zagubinowo
Jakie szczęście, że skończyłaś polonistykę, a nie psychologię! W przeciwnym razie, mogłabyś mieć diametralnie odmienne odczucia po przeczytaniu o strzępie cudzych męskich gaci w mojej szufladzie :D
Tak, poznaliśmy się właśnie wtedy, pod Wiadomą Wiatą. Ganiałaś wówczas beztrosko z jakąś raną na nodze, zupełnie jakby ktoś dźgnął Cię nożem. Dodaj to do mojej wizji piegowatej harcerki (Dla niewtajemniczonych: w tamtym okresie znaliśmy się z Agatką wyłącznie na płaszczyźnie blogowej, a w wyniku nicku, miałem ją za łebską i wygadaną, ale jednak smarkulę, mówiącą "czuwaj" zamiast "siemano", oraz mdlejącą na hasło "Myszkowski") i wyobraź sobie konsternację, kiedy podczas rozmowy o blogach ustaliliśmy qui pro quo :)

@Żmija
Dzięki! Ty u mnie z miejsca zapunktowałaś ksywą, którą kojarzę z babką znaną przed laty i pisującą pod tym samym pseudonimem :)
Z tymi wspomnieniami zamkniętymi w przedmiotach, to chyba nie jest takie powszechne (i niech ogół żałuje!)- spośród nielicznej grupy ludzi, którym dane było rzucić okiem do Szuflady, chyba nikt nie wyraził zrozumienia dla mojego zbieractwa. Na szczęście są jeszcze na świecie porządni fetyszyści, jak Ty, Donpepego, czy moja skromna osoba :)

@Ire
Dziwne, ale tamte Bieszczady są dla mnie jednocześnie dniem wczorajszym i przeszłością którą mógłbym ulokować w czasach - błysnę, a co!- Publiusza Kwinktyliusza Warusa. W jednej chwili wydaje mi się, że mógłbym otworzyć jakieś drzwi i płynne przenieść się na tyły starego Trolla, natomiast w drugiej, mrużę oczy usiłując dosięgnąć wzrokiem jakiejś sytuacji, by wreszcie zrozpaczony, wzorem Oktawiana wykrzyknąć- "Warusie, zwróć mi moje Bieszczady!".

Ire 09.10.2013, 16:56

:) Uśmiecham się do tych Twoich wspomnień, a jeszcze szerzej do swoich które przy okazji "się wynurzyły".
2005 -również dla mnie pierwsze Bieszczady, pierwszy festiwal... Pamiętam jak pozytywnie naładowana wróciłam, w pracy podśpiewywałam i niemal tańczyłam, koleżanki sugerowały że się musiałam zakochać. No w sumie to tak! :)

Żmija 08.10.2013, 08:00

Ja mam taką Torbę Wspomnień. Mama o mały włos mi jej kiedyś nie wywaliła, myśląc, że to śmieci. Zadziwiające, że wystarczy wziąć do ręki taki z pozoru nic nie znaczący drobiazg, żeby z ogromną siłą wybuchło związane z nim wspomnienie, tak żywe i pełne emocji, jakby wydarzyło się wczoraj.

ps. Bardzo lubię czytać Twojego bloga :)

zagubinowo 07.10.2013, 21:08

Za historię z majtkami masz literackiego Nobla.
te Bieszczady 2005 to chyba wtedy, kiedy się poznaliśmy, nie?

Wzięło mnie na grzebanie w pamięci...

donpepego 07.10.2013, 12:14

wódka spacerowa tak czasem działa, zwłaszcza słodka ;-) na niekaca najlepsza niesłodka i tryb mieszany siedząco-chodzący.
a ja miałem wczoraj spacer w rozmiarze S, niemniej miło mijało się samochód dostawczy z napisem Bieszczady.
też mam kupę dzindzibołów z różnych przeszłych żyć, które aż dziw bierze, że były moimi, a przecież jednocześnie są nimi bardziej, niż to teraz... Przeprowadzaki zmieniły o tyle, że listów i kartek naręcza osobno, bilety koncertowe osobno i liczne niestandardy osobno, w paru miejscach, gdzie się je dawno temu tymczasowo utknęło. siekierka bieszczadzka napiersiowa wisi na wieszaku z gitarą, chyba ją zacznę znów nosić "w deszczu i listopadzie" ;-)

takijeden 07.10.2013, 10:27

@A.
Wybacz że skasowałem Twój komentarz. Poruszony przez Ciebie temat na początku roku, z rozmysłem, wrzuciłem do orwellowskiej Luki Pamięci. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć mi tego za złe, chyba po raz pierwszy bawię się w cenzora, ale chcę być konsekwentny: nie pisząc o tej jednej jedynej rzeczy, zamierzam- w ramach osobliwej a osobistej zemsty- wymazać całą tą aferę z pamięci i biografii. Szkoda na nią mojego czasu- także przeszłego.
Co do spaceru, to spełnił swoje zadanie, choć byłem wyjątkowo rozczarowany mizernym działaniem alkoholu. Nie wiem, to chłodna noc, a może inna cholera, jednak wypiwszy pół litra- bądź co bądź- wódki, ledwie poczułem szum w głowie. Natomiast kaca miałem już stosownego, tzn. pół niedzieli marzyłem tylko o tym, żeby ktoś mnie dobił.