25 Cztery do setki, czyli "co poeta miał na myśli"

Drugi z kolei weekend robimy przy okazji drwalowania za lokalnych superbohaterów o niespecjalnie widowiskowych mocach. W ostatnią sobotę, kiedy kończyliśmy męczący, dziesięciogodzinny dzień pracy, a myślami każdy lał już do wanny gorącą wodę, zadzwoniła zapłakana dawna klientka- jej leciwy, jednooki kot wdrapał się na czubek cienkiej jak wykałaczka, ale piekielnie wysokiej sosny i którąś już godzinę rozpacza, nie potrafiąc zejść.
Nie oszukujmy się- perspektywa spędzenia dodatkowej godziny (dojazd, wspinaczka, odjazd) z dala od stygnącej kąpieli, nie budziła w żadnym z nas entuzjazmu, ale klientkę wspominaliśmy dobrze, no i przede wszystkim kota żal (co za świat).
Na śmiałka wybraliśmy Kalego (przy jednym- domyślcie się czyim- głosie przeciw), głównie przez wzgląd na jego pakowne gabaryty i wagę, nieodzowne przy wspinaczce hen, w koronę lichej, dwudziestokilkumetrowej tyki. Poszło nawet sprawnie, kot był już na tyle wymęczony, że zamiast zmienić się w szatkownicę i kompleksowo pokiereszować swego zbawcę, wlazł mu tylko zawodząc na grzbiet i kurczowo a boleśnie wczepiony w nieosłonięty kark, zjechał bezpiecznie na dół. Za całe przedstawienie nie wzięliśmy grosza, bo babka fajna, sprawa słuszna, a poza tym w taryfikatorze nie znaleźliśmy takiej pozycji, jak zdejmowanie zwierząt z drzew.
Minął tydzień, a świat znów potrzebował naszej pomocy. Radość (miejscowość, nie nastrój), posesja obejmująca pozostałości po jakimś przedwojennym ogrodzie- alejki kluczące między sędziwymi jałowcami, gigantyczne świerki pochylone nad resztkami drewnianej altany i ujmująco pozrastane ze sobą sosny, którym mieliśmy zrobić manicure. Już koło ósmej rano pod płotem pojawiła się sąsiadka pytając, czy nie pomoglibyśmy zdjąć z dębu zdalnie sterowanego helikoptera, który jej synek zaparkował-a jakże- na najwyższej gałęzi. Zgodziliśmy się, zabawka jak nam powiedziano, była prezentem pod choinkę, małemu wyraźnie zależało, a całą operację można przeprowadzić w kwadrans. Następnych kilka godzin, pod czujnym okiem wczepionego w siatkę chłopca, zajmowaliśmy się swoimi sprawami, by wraz ze słońcem zejść z drzew i do specjalnej misji znów oddelegować skwaszonego Kalego. O ile przed tygodniem Grzesiek mógł się uważać za pechowca, o tyle tym razem towarzystwo na ziemi miało znacznie, znacznie gorzej, bo z domu wytoczyła się Rodzinka. Kompletnie głuchy dziadek co chwila zasypywał nas seriami pytań, a potem, mimo naszych najszczerszych chęci, nie był wstanie dosłyszeć odpowiedzi:
- Panie, a łon nie spadnie?
- Nie, na wszelki wypadek asekuruje się liną.
- Jakie wino?
- Proszę?
- Co?

Oprawiony w wymemłany dres tata, sprawiający wrażenie seryjnego mordercy i/lub gwałciciela, stał na ganku nie odzywając się ani słowem i wywoływał psychiczny dyskomfort samym tylko obleśnym uśmieszkiem. Nawet mama, która rano robiła sympatyczne wrażenie, okazała się być lekko nawiedzona, bo stwierdziła z przekonaniem, że nasza wizyta jest efektem modlitwy do św. Franciszka i oczywiście w to jeszcze mógłbym uwierzyć, nawet byłoby mi miło, ale kiedy poszedłem po coś do samochodu, pognała za mną i konspiracyjnie wręczyła plik wydruków oraz płytę CD. Jak wyjaśniła, zbliża się Armagedon i musimy być przygotowani, a informacje które mi przekazuje są niezbitymi dowodami, że koniec jest bliski; jednocześnie poprosiła, żeby nie pisnąć słówkiem przy jej ojcu, bo ma ją za wariatkę (tu dziadek zapunktował).
Koniec końców, wiadomo było, że znowu odmówimy przyjęcia pieniędzy za niecodzienną usługę bo tym razem rozczulił nas młody, który chcąc zapłacić, przyniósł swój słoik z oszczędnościami.
Kiedy przedstawienie dobiegło końca, rodzinka rozeszła się do swoich zajęć- młody pognał ładować baterie w helikopterze, dziadka bez reszty pochłonęło zbieranie z ziemi gałęzi strąconych podczas wspinaczki, ojciec zniknął gdzieś w domu (pewnie przerwaliśmy mu ćwiartowanie zwłok) i jedynie matka odprowadziła nas do furtki, tam zaś spytała o należność dokładnie w momencie, gdy usiłowałem wymyślić przewagę, jaką miała ta sobota nad poprzednią.
„Nie trzeba, to żaden problem i cieszymy się, że mogliśmy pomóc- powiedziałem, po czym zawiesiłem głos, nadludzkim wysiłkiem nadałem twarzy wyraz sugerujący, że mówię rzecz w tej sytuacji oczywistą , spojrzałem znacząco i dodałem, niczym ustalone hasło- zresztą, helikoptery nie drapią.”
Odjeżdżaliśmy w doskonałych humorach i jak na superbohaterów przystało- w kierunku zachodzącego słońca, zaś we wstecznym lusterku malała wyraźnie skonsternowana, odprowadzająca nas podejrzliwym wzrokiem kobieta. Tak, czasem zemsta sprowadza się do wyjścia na większego wariata.