6, Kac, koc, noc

Nowy rok powitałem na kanapie, nie tyle przykryty, co przewiązany w pasie kocem, ze zdartym do kości gardłem i kacem jak stąd na Arbat. Po ładnych paru latach, historia zrobiła to, co potrafi najlepiej i powtórzyła się, rzucając mnie w objęcia gromady starych znajomych, morza wódki i piosenek Kaczmarskiego, najpierw ryczanych z pełnym zaangażowaniem, a później wysapywanych w puste kieliszki, kiedy ranne wstają zorze. Nowym elementem tradycyjnego zestawu była gromada (dosłownie, oszalała horda) dzieci razem z górą zabawek stanowiących, po kilku głębszych, poważną konkurencję dla rozmów o życiu i sztuce.
Nie wiem, jaki będzie ten rok. Nie chcę nic planować, nie mam żadnych przeczuć, w przełożenie pierwszego stycznia na pozostałe 364 dni nie wierzę, bo gdyby nie daj Boże, to 2013 stałby się znośny (bez Ibupromu) dopiero od 17-tej, czyli gdzieś tak od października. Także dziękuję pięknie.

zagubinowo 03.01.2013, 16:33

Ajj, zazdroszczę trochę.
Ale ale, skoro gromada dzieci towarzyszyła - to znaczy, że i mnie jeszcze coś czeka. Że da się drzeć ryja z gromadą dzieci pod ręką.