14 Nie ma takiej rury na świecie

Przetkało mnie. Nie mam oczywiście na myśli widowiskowego wariantu problemów gastrycznych, w reklamach zwanego, nie wiedzieć czemu dyskomfortem. Otóż w środę poszedłem na pogrzeb śp. Jadwigi Kaczyńskiej i przed mszą wpadłem na umiarkowanie prominentnego, a przy tym szalenie życzliwego znajomego, który na swoje nieszczęście również tym razem postanowił być miły.
- Co u Ciebie słychać? (skazaniec kładzie głowę na pieńku, kat wznosi topór)
- Do dupy- odpowiedziałem szczerze acz tonem wesołym, dającym mu jeszcze możliwość odwrotu.
- O masz, a co się dzieje? (świst powietrza i głuche stuknięcie)
- No, kochanku, skoro tak brniesz, to sam jesteś sobie winien- pomyślałem, a potem już na głos dodałem- A, wiesz, (…) drugi rok szukam normalnej pracy, a wycinam drzewa, albo ganiam po dworcu z rozkładem jazdy.
- Cholera, tak nie może być! Podaj mi numer telefonu, powiedz jakie masz doświadczenie i w czym jesteś dobry, a ja zobaczę co się da zrobić.
Cała pogawędka trwała może z 10 minut, w efekcie dzień później dostałem namiary na ludzi z mediów oraz błogosławieństwo, by zawracać im kupry w sprawie wakatów w redakcjach. Zacząłem od pewnego dziennika, ale nie chcąc pojawiać się nie dość że nagle, to jeszcze bez wersji demo, przysiadłem nad tekstem w klimacie „Rozdziobią nas kruki, wrony” i po kilku twórczych zaparciach (naprawdę z żołądkiem wszystko u mnie w porządku) oraz nieprzespanej nocy, nazajutrz byłem zwarty, spięty i „as ready as I’d ever be”.
Wszystko trwało dosłownie chwilę, oczywiście lekturą tekstu nikt nie był zainteresowany, więc nawet go nie wysłałem, za to na poniedziałek mam przygotować listę tematów którymi w swoim mniemaniu mógłbym się zająć (od piątku, w ramach prób ustalenia pola manewru i wyszukania ewentualnych nisz, stałem się najgorliwszym czytelnikiem anonimowego periodyku), a potem czekać na ich odzew, bądź jego brak. Najzabawniejsze, że akurat kiedy interlokutor wspominał coś o wynagrodzeniu, telefon zaczął gubić zasięg i słyszałem tylko wystrzępione sylaby; zareagowałem głupio, a dokładniej, zgodnie z Pierwszą Zasadą Dezorientacji™: Kiedy nie wiesz co robić- przytakuj.
W ten oto sposób zostałem z tekstem, zdaniem Skubanej nawet znośnym, ale w chwili obecnej zupełnie niepotrzebnym, obietnicą JAKIEJŚ zapłaty, jeśli- i tu trzeci, główny składnik bigosu- zdołam wynaleźć tematykę pasującą do charakteru gazety, nie obsadzoną, na której faktycznie się znam. Jakieś sugestie? :)
Niemniej, jestem dobrej myśli. Owo przetkanie o którym wspomniałem na początku, to nagle odzyskana zdolność, ale przede wszystkim chęć pisania tekstów dłuższych, na jakiś temat, nie o przysłowiowej dupie Maryni i „pies zjadł mi telefon”. Mam we łbie naście pomysłów, począwszy od historii nadwiślańskiego rynku gier komputerowych, a skończywszy na krytyce pobłażliwości dla Jaromira Nohavicy. Nawet jeżeli, co jest przecież więcej niż prawdopodobne, tym razem nie wypali, to w końcu gdzieś się zaczepię, a kiedy to nastąpi, będę jak, nie przymierzając, tasiemiec uzbrojony.

tasiemiec tasiemiec
obsesja to mało
miało być o piórze
a pawiem powiało

(mój prostacki tribute to "Przypowieść o jeżach")

agatka 29.01.2013, 21:58

O proszę ;)
Welcome to the jungle
(powiedziala Agatka, kończąc właśnie - w łóżku, nad głową śpiącego dziecka - redagowanie wywiadu nt korupcji w służbie zdrowia)

fasolka 27.01.2013, 20:28

noo to jest szansa... :):)